Między świątyniami, smokami i mantami – moja podróż po Bali, Komodo i Flores
We wrześniu 2025 r. odwiedziłam 3 indonezyjskie wyspy: Bali, Komodo i Flores. Przed wyjazdem miałam mieszane uczucia odnośnie Bali, ponieważ słyszałam sporo skrajnych opinii. Dziś mogę powiedzieć, że należę do jej zwolenników 🙂 Oczywiście turystów jest sporo, a korki w Ubud potrafią być większe niż na Marszałkowskiej w Warszawie… Ale jeśli ktoś zdecyduje się zwiedzić mniej popularną północ, tak jak ja, będzie miło zaskoczony. To właśnie tam zobaczyłam niezwykły cmentarz, na którym zmarłych nie chowa się w ziemi oraz tradycyjną ceremonię kremacji.
Z kolei Komodo zapamiętam przede wszystkim dzięki nurkowaniu w parku narodowym. Pływanie wśród grup ogromnych mant jest jednym z najpiękniejszych wspomnień z całej podróży 🙂
Bali – wyspa bogów, na której natura łączy się z duchowością
Zwiedzanie Bali zaczęłam od rezerwatu Sangeh Monkey Forest, który znajduje się ok. 40 min. jazdy samochodem na północ od Denpasar. Można w nim zobaczyć hinduistyczną świątynię Pura Bukit Sari oraz mnóstwo małp. Wstęp kosztuje ok. 15 zł. 🙂










Bali Botanical Garden – botaniczna perełka Indonezji
Kolejnym przystankiem był największy ogród botaniczny w Indonezji, założony w 1959 roku. Dużo zieleni, ciekawe pomniki i sporo lokalnych mieszkańców, którzy przychodzą tu na spacery i pikniki. Fajne miejsce, żeby trochę odpocząć od zgiełku Bali. Jest tu też jezioro z pięknym widokiem na góry, ale niestety pogoda mi nie dopisała – było pochmurno, więc za wiele nie zobaczyłam.






Na Bali kremacja zwłok jest jednym z najważniejszych rytuałów
Jadąc przez jedną z miejscowości zauważyliśmy nagle spore zamieszanie. Początkowo nie wiedzieliśmy co się dzieje, ale po chwili okazało się, że trafiliśmy na tradycyjną ceremonię kremacji nazywaną Ngaben. Jak powiedział przewodnik, mieliśmy ogromne szczęście, bo turyści rzadko mają okazję zobaczyć taką uroczystość – zazwyczaj na czas ceremonii ulice są zamykane, a nam udało się nie tylko przejechać, ale też podejść bliżej.
Kremacja jest jednym z najważniejszych i najbardziej spektakularnych rytuałów w balijskim hinduizmie. To radosna uroczystość (wbrew temu co może się nam wydawać), podczas której dusza zmarłego uwalnia się od ciała i powraca do pięciu podstawowych elementów wszechświata, żeby przejść reinkarnację lub osiągnąć stan wyzwolenia.


Organizacja takiej ceremonii jest bardzo droga, dlatego rodziny czasami czekają miesiącami, a nawet latami, żeby zebrać potrzebne pieniądze. Zdarza się też, że kilka rodzin dzieli się kosztami i organizuje wspólną kremację.

Najciekawsze w odwiedzaniu nowych miejsc jest poznawanie różnych zwyczajów, innych niż te które znamy. To właśnie takie sytuacje sprawiają, że podróżowanie jest czymś więcej niż tylko oglądaniem ładnych krajobrazów 🙂



Wśród pól ryżowych i aromatu kawy
Będąc na Bali nie można nie zobaczyć słynnych tarasów ryżowych, które rzeczywiście robią wrażenie! Najpierw odwiedziłam Jatiluwih Rice Terraces, które są trochę mniej popularne. Są tak duże, że spokojnie można spędzić na nich cały dzień, spacerując lub jeżdżąc na rowerze, który można wypożyczyć na miejscu. Niestety pogoda znowu nie dopisała – było dość pochmurno, co widać na zdjęciach. Mimo to widoki robiły wrażenie 🙂





Drugie tarasy ryżowe to słynne Tegallalang. Szczerze mówiąc byłam trochę rozczarowana. Te tarasy są wyższe, ale znacznie mniejsze i po Jatiluwih nie zrobiły na mnie wrażenia. Nawet nie miałam ochoty po nich spacerować, więc ta wizyta szybko się zakończyła 🙂
To właśnie tutaj znajduje się słynna huśtawka z widokiem na pola ryżowe. Niestety całe miejsce jest mocno nastawione na turystów, a okolica huśtawki w rzeczywistości wcale nie wygląda tak pięknie jak na Instagramie. To raczej idealnie wyreżyserowane zdjęcia niż wyjątkowy krajobraz…


Na Bali można też spróbować słynnej kopi luwak, czyli jednej z najdroższych kaw świata, produkowanej z ziaren przechodzących przez układ pokarmowy luwaka. Obok tarasów ryżowych znajduje się plantacja kawy, choć jest to raczej atrakcja przygotowana pod turystów. Można zobaczyć jak wygląda proces produkcji kawy i samego luwaka… trzymanego w klatce. Na końcu jest najmilsza część, czyli degustacja. Były m.in. kawy kokosowe, waniliowe i awokadowe oraz herbaty imbirowe i cytrynowe. Wszystkie smakowały świetnie, ale były z mlekiem i cukrem, więc trudno było ocenić smak samych ziaren. Bardziej przypominały słodkie napoje kawowe niż klasyczną kawę. Niestety ceny w sklepie też robiły wrażenie, więc tym razem nie zrobiłam zakupów 🙂


Trunyan – wioska, w której zmarłych nie chowa się w ziemi
Wioska Trunyan jest położona nad jeziorem Batur, u podnóża wulkanu o tej samej nazwie. Słynie z bardzo nietypowej tradycji pogrzebowej – ciała zmarłych nie są zakopywane ani kremowane, ale położone na ziemi. Żeby dostać się na cmentarz trzeba przepłynąć łodzią przez jezioro. Już sama droga jest ciekawa dzięki widokom na góry i wulkan Batur.
Najbardziej zaskakujące jest to, że mimo obecności rozkładających się ciał nie czuć nieprzyjemnego zapachu. Mieszkańcy wierzą, że odpowiada za to drzewo Taru Menyan, które rośnie obok grobów.

W Trunyan są trzy cmentarze, a sposób pożegnania zmarłego zależy od jego wieku, stanu cywilnego i okoliczności śmierci. Główny cmentarz jest przeznaczony dla dorosłych, a dzieci i osoby, które zmarły w nienaturalnych okolicznościach są chowane na pozostałych cmentarzach.
Jedna z historii mówi, że w czasach kolonialnych mieszkańcy celowo pozostawiali ciała zmarłych na powierzchni, żeby odstraszać wrogów. Trudno jednak stwierdzić ile w tym prawdy, a ile lokalnej legendy.


Na cmentarzu leży maksymalnie 11 ciał. Zmarłych układa się na ziemi i osłania konstrukcjami wykonanymi z bambusa, które chronią je przed zwierzętami. Kiedy umiera kolejna osoba, a wszystkie miejsca są zajęte, najstarsze szczątki zostają usunięte, żeby zrobić miejsce dla nowego ciała. Czaszki i kości zostają na terenie cmentarza.


Tak jak pisałam wcześniej, okolice wulkanu Batur są wyjątkowo malownicze. Warto się tu zatrzymać dla samych widoków. Jednym z aktywniejszych punktów mojego programu było wejście na wulkan. Wycieczka rozpoczęła się wcześnie rano, jeszcze przed wschodem słońca i trwała kilka godzin. Niestety na szczycie było sporo chmur, które częściowo zasłaniały widok, ale i tak było warto 🙂




Duchowe oblicze Bali
Bali to oczywiście świątynie, których jest tu mnóstwo. Każda ma swój niepowtarzalny klimat, a bogato zdobione bramy, posągi i kwiaty składane bogom sprawiają, że religię i lokalne tradycje czuć na każdym kroku. Poniżej wrzucam kilka wybranych zdjęć, które mam nadzieję choć trochę oddają tę wyjątkową atmosferę.














Komodo & Flores – smoki, różowa plaża, pocztówkowe widoki i nurkowanie z mantami w parku narodowym!
Wyspy Komodo i Flores znalazły się na mojej liście z dwóch powodów. Chciałam zobaczyć na własne oczy największe jaszczurki świata, czyli słynne warany z Komodo oraz nurkować w Parku Narodowym Komodo, o którym słyszałam, że jest jednym z najlepszych miejsc nurkowych w całej Indonezji.
W Labuan Bajo spędziłam kilka dni. To niewielkie miasteczko na Flores, które jest główną bazą wypadową dla nurków. Centra nurkowe są dosłownie wszędzie, jedno obok drugiego, więc teoretycznie jest w czym wybierać. W praktyce jednak, szczególnie w sezonie, bez wcześniejszej rezerwacji może być trudno o wolny termin. Jest to po prostu tak wspaniałe miejsce, że chętnych do nurkowania nie brakuje 🙂
Jednodniowa wycieczka po Komodo
Obowiązkowym punktem pobytu na Komodo jest wycieczka, podczas której odwiedza się wyspę Padar ze słynnym pocztówkowym widokiem, różową plażę Pink Beach oraz wyspę zamieszkaną przez warany. Niestety pogoda nie do końca dopisała, było pochmurno i trochę padało… więc różowa plaża wcale nie była różowa. Punkt widokowy był ładny (na zdjęciu poniżej), ale w wielu miejscach można zobaczyć podobny. Warto jechać na tę wycieczkę, ale niestety jest trochę komercyjna.

Warany z Komodo to największe na świecie żyjące jaszczurki, które mogą mieć nawet 3 metry długości. Na żywo wyglądają na mniejsze i mniej groźne niż na zdjęciach, co było dla wielu osób zaskoczeniem, w tym dla mnie. Trochę ciekawych informacji opowiedział nam przewodnik 🙂 Przede wszystkim warany świetnie pływają i potrafią przemieszczać się między wyspami. Na lądzie często wyglądają na powolne i leniwe, ale w rzeczywistości są bardzo szybkie i niebezpieczne.

Dawniej mieszkańcy dokarmiali warany, przez co z czasem zaczęły kojarzyć ludzi i łodzie z jedzeniem. Zaczęło dochodzić do sytuacji, w których głodne jaszczurki wspinały się po drabinach na statki w poszukiwaniu jedzenia. Stwarzało to ogromne zagrożenie dla ludzi, dlatego dziś nie wolno ich karmić.

Warany na turystycznych trasach wydają się przyzwyczajone do ludzi, ale nadal są dzikimi i niebezpiecznymi zwierzętami. Co roku dochodzi do kilku ataków na lokalnych mieszkańców – większość przeżywa, ale zdarzają się też przypadki śmiertelne. Rok temu jeden z mężczyzn wybrał się sam do dżungli w poszukiwaniu miodu i niestety został zaatakowany przez warana. Przeżył, ale kilka miesięcy spędził w szpitalu.

Cieszę się, że zobaczyłam warany na żywo, w ich naturalnym środowisku. Jednak nie była to najbardziej ekscytująca atrakcja mojej podróży po Indonezji 😊 Spodziewałam się chyba trochę bardziej dzikiego doświadczenia, a całość przypominała raczej zorganizowany spacer po wyznaczonej trasie.

Manty, manty i jeszcze więcej mant – najlepsze wspomnienie z Komodo!
Ostatnim punktem wycieczki był snorkeling z mantami. Już wtedy byłam zachwycona, ale prawdziwa magia zaczęła się następnego dnia, kiedy zeszłam pod wodę z butlą! Pływanie wśród ogromnych, majestatycznych mant było niesamowite!
Manty poruszają się z niezwykłą lekkością i subtelnością, niemal jakby latały. Kojarzą mi się z wodnymi damami, które mają klasę i styl. Mogłabym patrzeć godzinami jak zataczają kolejne kręgi nad naszymi głowami😊


Instruktorzy rozpoznają poszczególne manty po wzorach na ich ciałach. Niektórym nadają nawet imiona 😊 Wiedzą też, które z nich pojawiały się wcześniej w innych rejonach Indonezji, np. obok Bali. Czarne manty nazywają potocznie ninja (mają do 4 metrów długości). Jeszcze większe są białe manty oceaniczne, które mają nawet do 7 metrów! Można je spotkać m.in. w Raja Ampat.
Wokół mant krążą małe rybki, które oczyszczają ich skórę z pasożytów i martwego naskórka. Dla mant to coś w rodzaju podwodnego prysznica, a dla małych ryb darmowy posiłek 😊 Takie miejsca na rafie nazywa się stacjami czyszczącymi i właśnie dlatego manty często krążą w jednym miejscu, pozwalając rybkom wykonać swoją pracę.

Poza mantami, rafy koralowe były przepiękne, pełne kolorowych ryb i podwodnego życia – Komodo National Park nie bez powodu uznawane jest za jedno z najpiękniejszych miejsc do nurkowania na świecie – jest prawdziwym podwodnym rajem. To jedno z tych wspomnień z Indonezji, które zostanie ze mną na długo!
Na koniec wrzucam jeszcze 2 filmy z nurkowania na Bali. Na pierwszym widać rybę, która tak dobrze wtapia się w dno, że można ją zauważyć dopiero kiedy zacznie się ruszać. Pierwszy raz widziałam coś takiego! Próbowałam sprawdzić jaki to gatunek, ale nawet ChatGPT nie pomógł 🙂