Sierpień 2026 roku, a ja znowu ląduję w Indonezji
Zazwyczaj mam zasadę, żeby nie wracać w te same miejsca, bo świat jest na to za duży, a lista miejsc do zobaczenia i tak ciągle rośnie. Ale Indonezja rządzi się swoimi prawami, tu zmiana wyspy oznacza bycie na innej planecie 🙂 Po zeszłorocznej podróży niedosyt był tak duży, że wróciłam – tym razem mój wybór padł na Jawę i Sulawesi.
Plan na Jawę był prosty: wulkany. Jednak ta wyspa zachwyciła mnie bardziej niż przypuszczałam! Nie spodziewałam się, że będzie tu tak niesamowicie – dymiące kratery, surowy krajobraz, a w innych miejscach intensywna zieleń pół ryżowych oraz niezwykle serdeczni ludzie, którzy witają się uśmiechem na każdym kroku.
Ale po kolei….Zapraszam do obejrzenia mojej relacji 😊

Tego chłopca spotkałam przypadkowo, siedział na krześle ubrany w tradycyjny męski strój jawajski. Podeszłam i zapytałam, czy mogę mu zrobić kilka zdjęć 😊 Później przesłałam mu je mailem – odpowiedział, że będzie je trzymał jak prawdziwy skarb 🙂 Więc korzyść z tej mini sesji była obustronna. Jest to oficjalny strój galowy dworzanina służącego sułtanowi: nakrycie głowy nazywa się blangkon, koszula w paski to lurik telupat / pranakan, pas to stagen i epek, a cała tkanina to batik lub jarik.


Banyuwangi to doskonała baza wypadowa na wulkan Ijen, w której warto zatrzymać się na kilka dni
Niedaleko miejscowości Banyuwangi znajduje się las De Djawatan nazywany też lasem Władcy Pierścieni. Chociaż las to trochę za duże słowo (cały obszar można przejść w 20 minut) i tak warto tam pojechać. Drzewa trembesi mają nawet 400 lat i robią ogromne wrażenie – potężne, wygięte konary owinięte gęstym mchem i zielonymi paprociami tworzą naturalne, majestatyczne sklepienie nad ścieżkami. Spacer i kawa w klimatycznej kawiarni (których jest tam kilka) były super przyjemne i relaksujące – można powiedzieć że to miejsce roztacza baśniową atmosferę 🙂









Niedaleko lasu De Djawatan znajduje się plaża Pulau Merah słynąca z czerwonego piasku i pięknych zachodów słońca. Czerwonego piasku nie widziałam… Zamiast tego plaża w słońcu sprawiała wrażenie jakby była złota, co wyglądało pięknie. Zabawnym i niespodziewanym akcentem okazał się gigantyczny robot – taka lokalna atrakcja dla turystów. Pewnie było mu trochę gorąco 🙂





Kawah Ijen – czyli słynny wulkan z niebieskimi płomieniami oraz największym na świecie kwaśnym jeziorem
Głównym celem pobytu w Banyuwangi była wyprawa na wulkan Ijen – i jak się później okazało, była to niesamowita przygoda i najlepsze miejsce na Jawie! Potem miałam jechać do Probolinggo na wulkan Bromo, ale niestety w tym czasie wybuchł pożar. Z każdym dniem ogień rozprzestrzeniał się coraz bardziej, przez co całkowicie wstrzymano ruch turystyczny i wprowadzono zakaz wstępu na ogromnym obszarze wokół wulkanu. Na szczęście Ijen z nawiązką zrekompensował mi tę zmianę planów 🙂
Cała procedura wejścia na wulkan zaczyna się od obowiązkowej wizyty u lekarza. Podobno to nowy przepis wprowadzony w 2024 r. po tym, jak miejscowy turysta zmarł z powodu nadciśnienia. Lekarka w typowo azjatyckim, czyli luźnym 🙂 stylu zmierzyła mi ciśnienie i zważyła (nie mam pojęcia po co była potrzebna moja waga, ale nie wnikałam). Po pięciu minutach wyszłam z oficjalnym zaświadczeniem lekarskim potwierdzającym, że jestem zdrowa 🙂


Wycieczka zaczyna się ok. godz 1.30 w nocy, na początku w miejscu spotkania z przewodnikiem odbiera się maski i okulary ochronne ze względu na ryzyko zatrucia siarkowodorem. Do Blue Fire oraz jeziora wulkanicznego (o czym później) idzie się 5 km, z czego większość pod górę.


Po drodze mijaliśmy lokalnych górników wydobywających siarkę. Z jednej strony ich siła i kondycja są godne podziwu, ale niestety ich praca jest niebezpieczna, bardzo ciężka i nisko płatna (ok. 10 euro dziennie). Nikt tu nie myśli o sprzęcie ochronnym, więc wdychają trujące gazy siarki, przez co często zapadają na różne choroby (układu oddechowego, oczu, skóry itp.). Zazwyczaj nie dożywają 50 lat…


Dodatkowo co jakiś czas dochodzi do śmiertelnych katastrof, np. w wyniku wybuchu gazów. Tak więc Ijen ma też swoją przykrą odsłonę – piękno i unikalność tego miejsca nie zawsze idzie w parze z tym, co się dzieje wokół niego.
Wulkan ten jest jednym z nielicznych miejsc na świecie, w którym można zobaczyć niezwykły fenomen zwany „Blue Fire”. Niebieskie płomienie pojawiają się wewnątrz krateru i są efektem spalania siarki w bardzo wysokiej temperaturze. My mieliśmy sporo szczęścia, ponieważ według naszego przewodnika szansa na zobaczenie Blue Fire to ok. 50 %.
Widok jest wyjątkowy, a samo doświadczenie bycia blisko unikalne. To moment, w którym człowiek zdaje sobie sprawę z potęgi i niezwykłości natury – przy płomieniach można być tylko chwilę, ja wytrzymałam 2-3 minuty. Stojąc w pewnej odległości od płomieni miałam założoną maskę, gdy zaczęłam podchodzić bliżej w pewnym momencie poczułam ten toksyczny siarkowodór – oczy zaczęły mnie szczypać tak, że nie byłam w stanie patrzeć, stąd również maska na oczy. Bez niej nie da się podejść do płomieni.


Po zobaczeniu niebieskich płomieni wróciliśmy na szczyt, żeby podziwiać wschód słońca nad kraterowym jeziorem Ijen. Jezioro to powstało w wyniku zalania krateru po erupcji wulkanu i do dziś pozostaje jednym z najbardziej niezwykłych elementów całego krajobrazu. Ma intensywną, turkusową barwę, która kontrastuje z surowymi zboczami, a z głębi krateru unoszą się kłęby gazów, przypominając, że wulkan wciąż jest aktywny. To również jedno z najbardziej kwaśnych jezior na ziemi (jego pH wynosi około 0,5). Ten poranek zapamiętam jako najpiękniejszy wschód słońca, jaki widziałam w życiu. Nie wiem czy gdzieś na ziemi jest piękniejszy 😊




Magia miała miejsce również po drugiej stronie – wystarczyło odwrócić głowę, żeby zobaczyć te niesamowite, złote barwy. Wszędzie było tak pięknie, że nie wiedziałam, w którą stronę patrzeć 🙂









Jak to w górach i popularnych miejscach turystycznych bywa, za dodatkową opłatą można skorzystać z podwózki na szczyt – lokalne „Ferrari” jak żartowali mieszkańcy czekają po drodze na chętnych. Patrząc na kamienistą trasę ciężko mi uwierzyć, że to było przyjemne doświadczenie… Osobiście nie przepadam za takimi rozwiązaniami, fajniej jest wejść na szczyt pieszo, we własnym tempie, nawet jeśli oznacza to trochę wysiłku 🙂


Odizolowany Tumpak Sewu – „Wodospad Tysiąca Wód”
Kolejnym punktem mojej podróży były wodospady Tumpak Sewu (największy ma ok. 120 metrów wysokości). Specjalnymi schodkami, bambusowymi drabinami lub skałami w strumieniach wody dociera się do mniejszych wodospadów, dzięki czemu można podziwiać je z góry i z dołu. Czas pomiędzy przejściem do różnych wodospadów można sobie umilić odpoczynkiem i jedzeniem w specjalnie przygotowanych do tego miejscach, więc warto tu zaplanować cały dzień 😊






Przystanek na nocleg w Malang
Malang, drugie co do wielkości miasto we wschodniej Jawie, to zazwyczaj przystanek w podróży. Nie ma tu nic ciekawego, jedyną atrakcją są kolorowe domki, które można podziwiać z mostu. Do Malang przyjechałam pociągiem, a stamtąd przesiadłam się do samochodu i ruszyłam dalej 😊









Yogyakarta, czyli jedno z nielicznych ciekawych większych miast
W Yogyakarcie spędziłam 4 dni – jest to fajne miasto, w którym sporo się dzieje. Odwiedziłam m.in. Kraton, czyli Pałac Sułtana (siedziba władcy Yogyakarty) oraz Taman Sari, czyli dawny kompleks pałacowych ogrodów i basenów. To są miejsca, które lepiej wyglądają na żywo, ciężko zrobić zdjęcia oddające ich urok.












Warto też odwiedzić Museum Wahanarata, czyli Królewskie Muzeum Wozów, tym bardziej że wszystkie te punkty znajdują sie obok siebie. Można w nim zobaczyć kilkadziesiąt zabytkowych powozów konnych, które przez lata służyły kolejnym sułtanom Yogyakarty. Co ciekawe, nie są to tylko eksponaty – niektóre są do dziś wykorzystywane podczas najważniejszych uroczystości, np. koronacji lub królewskich ślubów. Części z nich nie można fotografować, czego pilnują strażnicy 🙂





To jest ulica, przy której mieszkałam – mój homestay znajdował się po prawej stronie, za parasolami 🙂 Świetnie mi się w nim mieszkało, szczególnie lubiłam poranki, kiedy wychodziłam po świeże warzywa i owoce oraz na małe pogawędki ze sprzedawcami – co prawda nikt z nich nie mówił po angielsku, ale z pomocą translatora dogadywaliśmy się bez problemu 🙂

Serce miasta to ulica Malioboro, przy której znajduje się mnóstwo stoisk z lokalnym jedzeniem, sklepów i straganów, w których można kupić m.in. ubrania i wyroby z tradycyjnego batiku, z czego oczywiście skorzystałam 🙂 Wieczorami jest tu sporo koncertów – to chyba najlepsze miejsce w Yogyakarcie na spędzenie wieczorów 🙂





Spacerując ulicami Yogyakarty często można spotkać oryginalne ozdoby na domach i bramach, albo np. dekoracje ze skorupek jajek 🙂



Spotkanie z historią w świątyniach Borobudur i Prambanan
Będąc w Yogyakarcie nie można nie zobaczyć 2 najważniejszych świątyń regionu – Borobudur i Prambanan. Borobudur to największa świątynia buddyjska na świecie, a Prambanan to imponujący kompleks hinduistycznych świątyń z charakterystycznymi, strzelistymi wieżami. Na żywo robią większe wrażenie niż na zdjęciach 🙂






Cały kompleks Prambanan jest tak duży, że można w nim wynająć rowery lub skutery, jeśli komuś nie chce się za dużo chodzić 🙂





Kiedyś białe kropki na kamiennych blokach pomagały w budowie – dzięki nim robotnicy mogli rozpoznać na którym poziome, w którym rzędzie i w jakiej kolejności ma znaleźć się dany blok. Dzisiaj są malowane podczas prac archeologicznych i rekonstrukcyjnych, żeby oznaczyć położenie demontowanych fragmentów.


Ze szczytu świątyni Borobudur można podziwiać piękne widoki parków i gór w tle:

Merapi – wulkan, który nie zasypia
Drugim wulkanem, który zobaczyłam był Merapi – i to było zupełnie inne doświadczenie niż Ijen. Tym razem zamiast niebieskich płomieni i jeziora z wulkanu wydobywała się lawa. Ale od początku – zbiórka również zaczynała się w nocy, ok. godz. 23. Zanim ruszyliśmy nasz przewodnik rozbudził się kawą z foliowej torebki – w Indonezji to popularny sposób picia kawy lub kokosa… 🙂
Merapi to nie tylko jeden z najbardziej aktywnych wulkanów Indonezji, ale także miejsce o dużym znaczeniu duchowym, stąd przed wejściem na szczyt zdejmuje się buty. W nocy przychodzą tu lokalni mieszkańcy, żeby się pomodlić – w ciemności widać tylko ich ciemne sylwetki, co jest dosyć niezwykłym widokiem, szczególnie w miejscu tak bliskim aktywnego wulkanu.



Lawa pojawiła się niespodziewanie, bo podczas drogi na szczyt i była widoczna przez chwilę (na samym szczycie czekaliśmy ponad godzinę i nic… – taka jest natura 😊). Zdążyłam zrobić jedno zdjęcie komórką. Lawa nie jest płynem, tylko tworzą ją kamienie, które bardzo szybko spadają, dlatego tak krótko ją widać.
Wulkan Merapi jest teraz wyjątkowo aktywny (prawie codziennie). Większa erupcja miała miejsce w 2010 r., kiedy zginęło ponad 350 osób. Jest on tak nieprzewidywalny, że w promieniu około 20 km firmy ubezpieczeniowe nie oferują mieszkańcom ubezpieczeń, co chyba najlepiej pokazuje, jak wymagającym żywiołem jest Merapi.

Poruszanie się po większych miastach Indonezji jest bardzo proste i super tanie – funkcjonuje tu lokalny uber, czyli grab i gojek. W każdej chwili można zamówić taksówkę (samochód lub skuter). Przejazd nigdy nie kosztował mnie więcej niż 3 zł 🙂


Wosk, farba i mnóstwo śmiechu, czyli mój batikowy debiut
Kurs batiku sprawił mi więcej radości niż sądziłam, było tak fajnie, że poszłam na niego 2 razy 🙂 Batik to tradycyjna technika barwienia tkanin, w której wzór powstaje przez nakładanie wosku i wielokrotne farbowanie materiału. Podczas kursu przeszłam cały proces od początku do końca – po malowaniu materiał moczy się w kwaśnej wodzie przez ok. 5 minut (im dłużej, tym intensywniejszy kolor), płucze się w zwykłej wodzie, żeby zneutralizować kwas oraz moczy się we wrzątku. Po farbowaniu materiał się suszy i prasuje 😊 Początkujący jak ja dostają materiał z gotowymi konturami, ale patrzenie jakie wzory malowały doświadczone malarki było imponujące!

W małym pomieszczeniu obok kilka dziewczyn rysuje kontury wzorów, które potem dostaje się w segregatorze do wyboru.


A to są wzory, które wybrałam dla siebie 🙂












Spacerując po Yogyakarcie kilka razy spotkałam szkoły i przedszkola, do jednego z nich weszłam zobaczyć jak wygląda w środku 🙂 Jeśli chodzi o naukę, Yogyakarta jest uznawana za jedno z najlepszych miast studenckich w Indonezji. Znajdują się tutaj bardzo dobre uniwersytety, dlatego do miasta przyjeżdża sporo studentów z całego kraju.




Pakuję plecak i ruszam dalej
Tak jak wspominałam wcześniej – nie spodziewałam się, że Jawa będzie aż tak różnorodna i po prostu wspaniała. Po zeszłorocznej podróży na Bali, Komodo, Flores, Sumbawę i Borneo nie powiedziałabym, że Indonezja mnie jeszcze czymś zaskoczy, a tymczasem tak się stało. Jawa jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że ten kraj oferuje podróżnikom absolutnie nieskończone pokłady piękna i różnorodności.
I tak oto ruszyłam w dalszą drogę – prosto z Jawy na Sulawesi, gdzie spędziłam aż miesiąc. To zupełnie inny świat – Sulawesi jest ogromne, odległe, nieturystyczne, logistycznie wymagające – właśnie te rzeczy sprawiły, że je wybrałam 🙂